Sam jeszcze tego nie przeżyłem, ale podobno jest coś szczególnego w chwili, w której po raz pierwszy bierze się na ręce swoje własne dziecko.
Patrzysz na zupełnie nowego człowieka, patrzysz na maleńką postać, patrzysz na twarz wykrzywioną od płaczu i już wiesz – to dziecko w tej właśnie chwili staje się centrum całego wszechświata, fundamentalnym punktem odniesienia do wszystkiego.
Patrzysz i nie możesz uwierzyć, że coś tak pięknego jak narodziny dziecka mogło się wydarzyć, że jesteś tego częścią, jesteś niezasłużonym beneficjentem krystalicznej miłości, spersonifikowanej w tym małym, kruchym człowieku.
Świat obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i już nic nie jest takie samo jak wcześniej oraz nie sposób wyobrazić sobie, że tego człowieka wcześniej nie było.
Jest tak, jakby był od zawsze.
Tyle wiem z opowieści i subiektywnych obserwacji, więc nie wiem tego na pewno, ale wiem jak to jest wziąć na ręce Stanisława w trzydziestym dziewiątym dniu od chwili jego narodzin. Biorąc takiego malca na ręce przede wszystkim należy zadbać o stabilne podtrzymanie jego główki – normalnie mózg człowieka jest otoczony czaszką, ale w wieku niemowlęcym, wydaje się jakby był na wierzchu, tkanki kostnej nie ma jeszcze zbyt wiele.
Zdecydowanie większy jej zasób posiadają dzieci w wieku lat siedmiu. Niemniej jednak wydaje się, że i tak mają kości z gumy. Tą tezę wydają się potwierdzać niedawne wydarzenia związane z wypadkiem na placu zabaw mojej siostrzenicy. Upadek ze zjeżdżalni skończył się pęknięciem kości promieniowej prawej ręki oraz pękniętymi oboma obojczykami.
Gdyby mi się coś takiego przytrafiło dzisiaj z pewnością odczuwałbym znaczny dyskomfort związany ze zrastaniem się uszkodzeń szkieletu mojego ciała. Jednakże nie ma to miejsca w wypadku siedmioletniej dziewczynki. Jak sama twierdziła: „Nic nie bolało!”
Tak czy siak prawą rękę trzeba było włożyć do gipsu. Obojczyki miały się zrosnąć same. Wystarczy ich tylko nie nadwyrężać.
***
Występ Polaków na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej wydawał się przebiegać swoim utartym schematem – mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor. Tego dnia nasi reprezentanci zagrali z Hiszpanią – zespołem z o wiele bardziej donioślejszymi osiągnięciami w swojej piłkarskiej historii niż Polska. Górują nad nami w aspektach technicznych, dysponują lepszym składem, no i mecz grali u siebie.
Krótko mówiąc, byliśmy skazani na porażkę.
Wydarzyło się jednak coś nieoczekiwanego – nasi piłkarze zremisowali! Pokazali charakter, zostawili serce na boisku. Pozostali w grze o awans do fazy pucharowej. Wystarczy pokonać Szwecję.
Jest nadzieja!
***
Tego samego dnia, gdy Polacy poradzili sobie jakoś z meczem w Hiszpanii, moja siedmioletnia siostrzenica bawiła się grzecznie za domem moich rodziców.
Ale zaraz… Jak ona wlazła na zjeżdżalnię? Nie widziałem, żeby skorzystała ze schodków.
Oczywiście… Z ręką w gipsie wdrapała się po ściance wspinaczkowej z tyłu zjeżdżalni.
Bosko.
Byłem w tym momencie rozdarty pomiędzy wątpliwościami na temat tego, czy aby na pewno jestem dobrym wujkiem, skoro przeoczyłem wspinaczkę mojej kontuzjowanej siostrzenicy, a chęcią udzielenia jej stanowczej reprymendy. Coś jednak odwróciło moją uwagę – poczułem dym.
Rozejrzałem się zaniepokojony, obszedłem dom dookoła, nigdzie nie zauważyłem ognia. Jednak z pewnością czułem, że coś się pali.
Po piętnastu minutach główną drogą obok mojego domu zaczęły pędzić kolejne zastępy ochotniczych straży pożarnych. Potem zobaczyłem słup dymu nad lasem. Smród dotarł do mnie zapewne z wiatrem. Zajrzałem do telefonu. Powiadomienia – pożar w Nowej Białej.
Spłonęło mnóstwo zabudowań. Poszkodowani próbowali ratować swój dobytek, wyrzucając przez okna i wynosząc drzwiami cokolwiek się dało. Złodzieje byli czujni – tak jakby sam pożar nie był wystarczającą tragedią.
Zastępy straży pożarnej miały problem z dojazdem do płonących zabudowań – gapie zablokowali drogi dojazdowe samochodami. Przyjechali popatrzeć na ludzką tragedię, porobić zdjęcia, napawać się chaosem i widokiem niszczących płomieni.
– Grażka, Grażka, zoba jak się jara! Aaaaaleeeee…
„Weź przestań – bo do nieba nie pójdziesz.”
Już w dwadzieścia cztery godziny po pożarze sala gimnastyczna w szkole podstawowej w Nowej Białej wypełniła się rzeczami dla potrzebujących pogorzelców. Ludzie pokazali solidarność – ale nie tylko. Znaleźli się też „Janusze”, którzy uznali, że warto przy okazji zbiórki materiałów, pozbyć się niedziałających lodówek, pralek i różnych innych sprzętów AGD, za wywóz których normalnie musieliby zapłacić.
Do Nowej Białej przyjechali też oficjele, z premierem na czele, któremu przyjechać wypadało, bo o pożarze zrobiło się głośno w całym kraju. Przyjechał też arcybiskup, żeby wesprzeć duchowo społeczność, odprawić Mszę. Nie dotarłem do informacji czy wsparł pogorzelców materialnie.
Niech nie wie lewa ręka co czyni prawa, a jałmużnę dawaj „po cichu”.
Mam nadzieję, że tak było – normalnie, gdy biskup przyjeżdża odprawić Mszę w randomowej parafii, przekazuje się na jego ręce ofiarę na diecezję. Mam nadzieję, że w wypadku tragedii w Nowej Białej kościelne przepływy pieniężne, jeśli do takowych doszło, miały charakter zgodny z duchem katolicyzmu.
***
W jakiego Boga wierzą katolicy? Takiego, który czuwa nad siedmioletnią amatorką wspinaczki ze złamaną ręką. Takiego, który jest obecny przy kibicach polskiej reprezentacji i przy polskich piłkarzach. Takiego, który towarzyszy strażakom, pogorzelcom, złodziejom, gapiom blokującym dojazd do pożaru, ofiarodawcom i antyofiarodawcom, oficjelom.
I to wszystko mniej więcej w tym samym czasie.
No fajny Bóg. Tylko skoro jest, to dlaczego dopuścił do pożaru, dlaczego pozwolił kraść resztki dobytku pogorzelców, dlaczego nie wpłynął na serca i umysły gapiów?
Dlaczego, dlaczego, dlaczego?! Dlaczego nic nie zrobił?!!!
Weź ty się człowieku uspokój – niby skąd wiesz dokładnie co zrobił, a czego nie zrobił? Co możesz wiedzieć o Jego naturze, motywacjach, aspiracjach, szczegółowych planach i celach Jego przedsięwzięć?
Tylko taki Bóg ma naprawdę sens, który jest wszechmogący, nieogarniony, nieprzewidywalny, obecny poza czasem i przestrzenią. W innym wypadku Bóg byłby tylko mglistym widmem ludzkich oczekiwań – projekcją ludzkiego umysłu poddanego przecież szerokiej gamie różnego rodzaju ograniczeń.
Tylko taki Bóg ma sens, który wykracza poza te wszystkie rzeczy, który jest nieuchwytny.
Ale jak u licha nieuchwytny Bóg może być jednocześnie bliski? Pojęcia nie mam. Z własnego doświadczenia mogę tylko powiedzieć, że z pewnością JEST bliski.
***
To wrażenie, że nowe dziecko było jak gdyby od zawsze, to myśl zapożyczona z relacji wielu moich znajomych, którzy doczekali się już potomstwa. Przypomina mi to odbicie pewnej katolickiej koncepcji na temat relacji Boga do każdego człowieka:
Bóg znał i kochał Cię od zawsze. Nigdy nie istniał moment, w którym by Ciebie nie chciał, nigdy nie istniał świat, na którym nie byłbyś oczekiwany i spodziewany.
Miałeś BYĆ.