Tonę

Wydaje się, że ludzie tak zwanego sukcesu to przede wszystkim ludzie z pasją. Człowieka z pasją poznaje się po tym, że potrafi opowiadać o spektrum swojego zainteresowania w sposób angażujący słuchaczy – nawet wtedy, gdy owi słuchacze kompletnie nie mają pojęcia o danej dziedzinie lub jest im ona obojętna.

Innymi słowy, jeśli spotka się na swojej drodze człowieka pracującego na przykład w rzeźni i jeżeli będzie to człowiek wykonujący swój zawód z pasją, to będzie tak opowiadał o swojej pracy, że słuchacze pomyślą: fajna praca! – ciężko to sobie wyobrazić, a jednak w istocie tak właśnie by było.

W związku z powyższym, ludzie z pasją mają jeszcze jedną, bardzo ważną cechę – są nośnikami i inspiratorami wszelkiego optymizmu. Po prostu zarażają pozytywną energią, bo pasja to powód, żeby kochać życie.

To trochę tak, jakby się zbliżało do ognia. Widzimy, że świeci i czujemy, że grzeje – przy tym nie musimy się znać ani na chemii, ani na fizyce czy też biologii, żeby korzystać z dobrodziejstw płomienia. Po prostu chłoniemy jego energię zmysłami wzroku i dotyku.

W podobny sposób czerpiemy inspiracje od ludzi, którzy mają w życiu pasję.

***

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknąłem się jako słuchacz ze „Studiem Accantus”. Z pewnością było to na długo przed tym, zanim sam zainteresowałem się śpiewaniem. Wydaje mi się, że im bardziej intensywnie myślałem o śpiewaniu, tym mocniej na moją wyobraźnię działała idea tego niezwykłego tworu.

„Studio Accantus” to po prostu studio nagraniowe pod kierunkiem reżysera Bartka Kozielskiego. Jednak ja zawsze miałem poczucie, że jest to coś na kształt komuny artystycznej zrzeszającej wykształconych, rewelacyjnych wokalistów – coś jak zrealizowane marzenie o muzycznej rodzinie.

Później sam doświadczyłem czegoś podobnego w zespole spontanicznie założonym z jednej strony ze znajomych, a z drugiej strony z genialnych muzyków. Mowa oczywiście o „Hey Saturday” – ciekaw jestem czy kiedyś wrócimy do tego formatu. Może drogi aż tak bardzo nam się nie rozeszły, a czuję, że teraz bylibyśmy muzycznie jeszcze lepsi.

„Studio Accantus” (accantus z łac. intensywność – tak twierdzi google translate) nagrywa polskie wersje utworów, głównie musicalowych, chociaż zdaje się, że zaczynali od piosenek z popularnych bajek, filmów i seriali. Pisząc „polskie wersje” mam na myśli teksty piosenek tłumaczone z obcych języków na język polski, za co głównie odpowiada Dorota Kozielska.

Kanał „Studia Accantus” na YT ma ponad pół miliona subskrybentów, a najbardziej popularne z opublikowanych przez „Studio” filmów mają po kilka milionów wyświetleń. Przeważnie do najpopularniejszych nagrań należą te z coverami piosenek z bajek Disneya. Jednak ja chciałbym zwrócić uwagę na jeden z nagranych przez „Studio” coverów musicalowych.

Myślę o utworze „Tonę”, którą wykonali moi ulubieni wokaliści „Studia”, czyli Kuba Jurzyk, Sylwia Banasik Smulska oraz reżyser Bartek Kozielski. Przygotowana przez nich piosenka to tak naprawdę dwa utwory połączone w jeden, które w oryginalnej wersji musicalu „Hamilton” następują bezpośrednio po sobie, w kolejności: „A Winter’s Ball” a następnie „Helpless”.

Kompozycja „Tonę” w wersji „Accantusa” to majstersztyk w warstwie wokalnej i tu nawet nie chodzi o geniusz solistów. Chodzi o to, w jaki sposób przestrzeń muzyczną utworu wypełniają chórki. Wchodzą w idealnych miejscach i w najprostszych tercjach – cały utwór naprawdę przyjemnie kołysze, a jednocześnie jest, zgodnie z nazwą „Studia”, intensywny.

Jeśli chodzi o warstwę tekstową, sensownym posunięciem było połączenie dwóch utworów w jeden. Samo „Helpless” to po prostu opowieść o zakochaniu – nic specjalnie odkrywczego. Ale jeśli połączy się go z „A Winter’s Ball”, wtedy robi się znacznie ciekawiej!

Jak już wspomniałem „Tonę” zaczyna się od „A Winter’s Ball”. Znajduje się w nim krótki dialog pomiędzy Aaronem Burr’em a Alexandrem Hamiltonem:

„– Ej, jak zdobyć siostrę razem z jej wielką fortuną?

– Zapytaj raczej nie jak, Burr, tylko którą…”.

Potem następuje narracja z „Helpless” o zakochaniu jednej z sióstr Schuyler w Alexandrze Hamiltonie. Wobec jego powyższej deklaracji to zakochanie wydaje się ślepe i naiwne.

Potem niby wszystko dobrze się kończy, ale można mieć mieszane uczucia, bo do końca nie wiadomo – Hamilton kocha Elizabeth Schuyler i ożenił się z nią z miłości czy zrobił skok na kasę i wpływy polityczne jej ojca? Słuchając „Tonę”, z jednej strony słuchacz czerpie przyjemność z muzyki i geniuszu fenomenalnych wokalistów, a z drugiej strony tekst może lekko drażnić jego wrażliwość i wewnętrzne poczucie sprawiedliwości – i to jest ciekawe!

„Tonę – coś w tych oczach masz, jakiś blask i płomień, że tonę!”

Wiem, dobrze wiem – już się nie obronię!”

Być może wiadomo co Alexander Hamilton musiał mieć w oczach – pasję. W końcu później razem z innymi ojcami założycielami „wymyślił” Stany Zjednoczone Ameryki.

***

Według katolicyzmu, człowiek wraz z ostatnim oddechem, wraz z ostatnim uderzeniem serca nie kończy w całości swojej egzystencji. Jako nieśmiertelna dusza utożsamia się z wiecznym przeznaczeniem, które sam sobie wybrał poprzez małe i duże życiowe decyzje.

Tym przeznaczeniem może być niebo, czyli wieczna egzystencja z Bogiem, albo piekło, czyli wieczna, subiektywnie odczuwana samotność w najgorszej wersji siebie.

Ostateczne złączenie się z Bogiem – jak ono może wyglądać? Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ale spróbujmy to sobie jakoś wyobrazić.

Opisywanie takich spraw jest w gruncie rzeczy zajęciem karkołomnym, ponieważ nie sposób napisać prosto: „będzie tak i tak.” Nawet jeżeli można to zrobić, to gdy zaczynamy drążyć co to właściwie znaczy, że „będzie tak i tak”, wkrótce musimy bezradnie rozłożyć ręce i powiedzieć: „będzie tak, jak gdyby…” – zaczynamy uruchamiać naszą wyobraźnię.

Ale przede wszystkim, dlaczego mielibyśmy próbować opisać nieopisywalne?

Wydaje mi się, że materialna rzeczywistość nie wystarcza nam do życia – nie da się żyć na najwyższym poziomie kondycji mentalnej i psychicznej, bez odniesień do wartości duchowych. Stąd istnieje potrzeba nazywania tego, co nas w jakiś sposób przekracza.

Dlatego wydaje mi się, że z różną intensywnością, ale prawdopodobnie w każdym człowieku istnieje potrzeba ogarnięcia nieogarnionego.

***

Jak może wyglądać zjednoczenie z Bogiem zgodne z wykładnią katolicyzmu?

Moim zdaniem to będzie coś jak łagodne wejście do wody.

Tak, jak człowiek zanurza się w gładkiej tafli spokojnego jeziora, tak zanurzy się w Bogu.

Tak, jak zanurzając się w wodzie człowiek nie analizuje struktury wodnego akwenu, ale skupia się raczej na towarzyszących mu odczuciach, tak zanurzając się w Bogu nawet nie będzie potrafił opisać Jego natury, ale będzie odczuwał Jego znajomą wszechogarniającą obecność.

W tej obecności utonie i nastąpi coś nieoczekiwanego. Człowiek umiera, gdy do jego płuc dostaje się woda. Tymczasem wpuszczając Boga do swojego wnętrza dopiero zacznie naprawdę żyć.

Jest to dość romantyczna wizja – ale dlaczego miałaby się okazać nieprawdziwa? Oczywiście zakładając, że katolicyzm nie jest tragiczną pomyłką. Świat robi się chyba coraz bardziej cyniczny. Ludzie są coraz bardziej sceptyczni, skłonni raczej do kwestionowania przeciwnych stanowisk, niż do prób stanowienia i kreowania własnych.

Chyba nie można się temu dziwić – robią z nami co chcą, więc łatwo ustawić się w kontrze.

Ja jednak chcę inaczej. Tonę – czy to naiwne?

Okaże się.

Dodaj komentarz